„Tłumaczenie się z tego, że tłumaczy się wiersze również w celu wytłumaczenia innym tłumaczom, iż dla większości tłumaczeń wierszy nie ma wytłumaczenia”. Tak właśnie brzmi podtytuł doskonale znanego w środowisku tłumaczy Małego, lecz maksymalistycznego manifestu translatologicznego autorstwa Stanisława Barańczaka. Przewrotnie, zaczepnie, wieloznacznie. Taka właśnie była też cała jego twórczość, zarówno poezja, jak i eseje oraz tłumaczenia. – Pisarstwo Barańczaka uczyło myślenia krytycznego, które nie poddawało się zbiorowym hipnozom – mówił o tłumaczu Adam Michnik.

Stanisław Barańczak wywodził się z poznańskiego środowiska polonistycznego – na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza ukończył filologię polską i tam też obronił doktorat o twórczości Mirona Białoszewskiego. Nie dziwi zatem fakt, że o Barańczaku szczególnie dużo piszą dziś jego następcy – pracownicy naukowi Instytutu Filologii Polskiej UAM. Badacz literatury współczesnej Piotr Śliwiński nazwał go „poeta lector, Ten, Który Czyta, więc Pisze”, a translatolog Ewa Rajewska dodała „poeta translator, Ten, Który Czyta, więc Pisze i Tłumaczy. A może jeszcze precyzyjniej: Ten, Który Czyta, więc Tłumaczy i Pisze. Poeta i tłumacz. Tłumacz i poeta”.[1]

W powyższym opisie objawia się dwoista natura Barańczaka, proporcje której ustalić niezwykle trudno. „Gdyby brać pod uwagę wyłącznie relacje czasowe, można by powiedzieć, że jestem właściwie tłumaczem, natomiast poetą tylko bywam, i to znacznie rzadziej, niż zapewne miał na myśli Norwid. […] Jestem całkowicie pewien, że sam jako poeta byłbym niewiele wart, gdyby nie wczytywanie się we wzorce pisania, pozostawione nam przez Wielkich Poprzedników albo podsuwane przez Wielkich Współczesnych. […] Nie ma bowiem głębszego czytania utworu poetyckiego niż to, do którego zmuszony jest tłumacz starający się przenieść ten utwór z jednego języka w drugi – mówił poeta-tłumacz, tłumacz-poeta.

Barańczak szczególnie upodobał sobie barokową poezję metafizyczną, którą inspirował się także we własnej twórczości. Ponadto tłumaczył Emily Dickinson, Elizabeth Bishop i Seamusa Heaneya. Zajmował się przede wszystkim literaturą wyrafinowaną pod względem formy, pełną paradoksów i skomplikowanych rozwiązań. Był wyczulony na warstwę dźwiękową wierszy i wieloznaczność słów. Kluczem do opisu jego twórczości własnej i translatologicznej są „miejsca wspólne”. Jak pisze Rajewska „przekładanie poezji cudzej stanowi dla Barańczaka istotne dopełnienie twórczości własnej”. Poeta włącza przekłady do własnych książek poetyckich, a czytając jego pojedyncze utwory, często spotykamy się zarówno z pośrednimi, jak i bezpośrednimi odniesieniami do tłumaczonych przez niego utworów.

Barańczak miał sporo do powiedzenia w temacie teorii przekładu. Jego Ocalone w tłumaczeniu jest podstawową lekturą na ten temat dla większości tłumaczy. We wspomnianym już Manifeście określił natomiast zadania tłumacza i istotę tłumaczenia. Jego zdaniem pracą tłumacza jest „interpretacja w sensie tym samym, co w przypadku interpretacji rozumianej jako eksplikacja tekstu przez krytyka”. Dzięki tak rozumianej interpretacji tekst ma zdolność do „takiego funkcjonowania w obrębie języka i kultury przekładu, jak oryginał funkcjonuje w swojej kulturze”. Z Manifestu pochodzą też dwa doskonale znane zalecenia dla innych tłumaczy: „nie tłumacz wiersza na prozę” i „nie tłumacz dobrej poezji na złą poezję”. Barańczak był też autorem heurystycznego modelu tłumaczenia, którego ośrodkiem jest tzw. dominanta semantyczna, czyli klucz do treści wiersza, której nie można zaprzepaścić w tłumaczeniu.

Pyszny? Z pewnością. Zuchwały? Być może. Stanisław Barańczak tych cech na pewno się nie wypierał. „Porzućcie wszelką nadzieję, ci, którzy to czytacie: od początku do końca będą to uwagi pełne obrzydliwej pychy, nieznośnego zarozumialstwa i dogmatycznej pewności własnych racji”. Te słowa z Manifestu translatologicznego mówią o jego autorze całą prawdę.

[1] E. Rajewska, Stanisław Barańczak – poeta i tłumacz. Na przykładzie tłumaczeń z Seamusa Heaneya, Poznań, Wydawnictwo Poznańskie 2007.